Peace & love

Reklamy

Nie bój się, idź!

Smutek. Albo zwykła nostalgia. Albo jedno i drugie. A może to tylko zrozumienie tego, co niezrozumiałe?
Tyle się ostatnio wydarzyło, że trudno to ogarnąć…
Czego można się bać najbardziej? Czasu. Jego upływu. Uciekania. Mam wrażenie, że czas ucieka a my go jedynie nie udolnie gonimy.
Miliony lat upłynęły, żeby spotkać się oko w oko z nieuniknionym.
Czekam zamiast gnać. Stoję zamiast biec. Gdzie sens? Gdzie Bóg? Gdzie miłość, radość, pokój? Gdzie…

Paryż, 13 listopada…

Dziwny jest ten świat,
gdzie jeszcze wciąż
mieści się wiele zła.
I dziwne jest to,
że od tylu lat
człowiekiem gardzi człowiek.

Dziwny ten świat,
świat ludzkich spraw,
czasem aż wstyd przyznać się.
A jednak często jest,
że ktoś słowem złym
zabija tak, jak nożem.

Lecz ludzi dobrej woli jest więcej
i mocno wierzę w to,
że ten świat
nie zginie nigdy dzięki nim.
Nie! Nie! Nie!
Przyszedł już czas,
najwyższy czas,
nienawiść zniszczyć w sobie.

Lecz ludzi dobrej woli jest więcej
i mocno wierzę w to,
że ten świat
nie zginie nigdy dzięki nim.
Nie! Nie! Nie!
Nadszedł już czas,
najwyższy czas,
nienawiść zniszczyć w sobie.

PS: mądre i wciąż aktualne słowa Czesława Niemena…

Pamięci dr Błeńskiej

W Poznaniu zmarła doktor Wanda Błeńska, lekarka i świecka misjonarka, która przez ponad czterdzieści lat opiekowała się chorymi w Afryce. Miała 103 lata.

Dyplom medyczny zdobyła jeszcze przed II Wojną Światową, w 1935 roku na Uniwersytecie Poznańskim. Już na studiach chciała wyjechać na misje, ale konflikt jej to uniemożliwił. W czasie wojny była żołnierzem Armii Krajowej.

– W końcu, w 1950 roku trafiła na misje Sióstr Białych w Bulubie na terenie Ugandy – mówi ksiądz Tomasz Atłas Dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce i uczeń pani profesor. Zorganizowała cały system medyczny w tamtym regionie. Swoją energię poświęcała w stu procentach chorym.
– Ona nie była tylko lekarzem, była misjonarzem, pochylała się nad każdym ludzkim cierpieniem, samotnością – dodaje ksiądz Atłas. Jan Paweł II powiedział o Wandzie Błeńskiej, że to „ambasadorka świeckich misjonarzy”. Lekarka nie lubiła udzielać wywiadów, nie chciała, aby robić jej zdjęcia.

„Matka trędowatych”

Nazwana „matką trędowatych”, honorowa obywatelka Ugandy, dr Błeńska przez 42 lata pracowała w Bulubie nad Jeziorem Wiktoria. Jej imieniem nazwano założony tam ośrodek dla trędowatych, stanowiący nowoczesne centrum ze szpitalem i oddziałem dziecięcym, zapleczem diagnostycznym, domami dla trędowatych i kościołem. Doktor Błeńska zainicjowała i zorganizowała, oprócz szkoleń dla lekarzy, także kursy przygotowujące do opieki nad trędowatymi.

Za swoją działalność otrzymała wiele odznaczeń, między innymi – papieski Krzyż Pro Ecclesiae et Pontificae, a także Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Papież Jan Paweł II przyznał doktor Błeńskiej jedno z najwyższych odznaczeń Kościoła katolickiego – Order Świętego Sylwestra.
Wanda Błeńska w 1994 roku na stałe powróciła do Polski i zamieszkała w Poznaniu. Uczestniczyła w sympozjach i kongresach misyjnych, była członkiem Rady Fundacji Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio. Doktor Błeńska spotykała się z młodzieżą i dziećmi. W 2000 roku została odznaczona Orderem Uśmiechu.

Błeńska: „lekarz nie tylko leczy ciało, ale też duszę”

W jednym z wywiadów udzielonych przy okazji setnych urodzin, doktor Błeńska powiedziała, że „lekarz nie tylko leczy ciało, ale też duszę”. – To należy do naszego zawodu. Trzeba się wczuć w pacjenta, dać mu serce i pomoc, a to przynosi ulgę chorym i cieszy lekarza – podkreśliła.

Wanda Błeńska urodziła się 30 października 1911 roku w Poznaniu. W latach 1928-1934 studiowała medycynę na Uniwersytecie Poznańskim. Od 1934 do wybuchu wojny pracowała w szpitalach w Toruniu i Gdyni. Działała w Związku Akademickich Kół Misyjnych i w Papieskim Dziele Rozkrzewiania Wiary w Poznaniu. Była także redaktorem „Annales Missiologicae”. Od 1942 roku była żołnierzem Armii Krajowej.

Po drugiej wojnie światowej wyjechała do Niemiec, a potem do Anglii. W 1950 ukończyła kursy medycyny tropikalnej w Hamburgu i Liverpoolu. W tym samym roku rozpoczęła pracę w Ugandzie. Rok później przybyła do Buluby. Tam zainicjowała Leprosy Assistents Training Course, kształcąc ochotników do pracy wśród chorych na trąd. Uczyła też w kilku szkołach pielęgniarskich. Prowadziła wykłady dla personelu medycznego i pielęgniarskiego w wielu ośrodkach w Afryce.

W Bulubie nad Jeziorem Wiktorii w Ugandzie pracowała w latach 1951-1994, a w latach 1951-1983 była lekarzem naczelnym.
Doktor Błeńska była honorową obywatelką Ugandy i miasta Poznania.

Święta wojna?

Muzułmanie i chrześcijanie w średniowiecznym świecie na polu bitwy. Obie strony modlą się do tego samego Boga o zwycięstwo. Absurdalne, nie? I co ma zrobić biedny Bóg? Rzucić kośćmi? Monetą? A może spojrzeć głęboko w dusze wrogów? Bóg nie da zwycięstwa żadnej ze stron. Raczej na czas bitwy odwróci się od człowieka ze smutkiem. Zatriumfuje zło, cierpienie, śmierć, mord, gwałt i pożoga. Wojna w imię Boga to największe oszustwo przywódców politycznych, wojskowych jak i samego duchowieństwa w historii Świata. I to po obu stronach. Bóg jest miłością a nie nienawiścią, a wojna nie może być święta, bo świętość wynika z niesienia dobra. Zabijając człowieka niszczy się również wszystkie więzy jakie ów człowiek stworzył za życia, więzy rodzinne, przyjacielskie, zawodowe. Zabity już nie cierpi, ale rodzina, przyjaciele, znajomi owszem. Czasem przez długie dni, tygodnie, miesiące czy nawet lata.

Największym grzechem jest odebranie życia innemu człowiekowi, bo życie jest czymś najcenniejszym, najważniejszym i tego życia można bronić i jest to jedyny wyjątek od reguły i to nie zawsze. I nie ma nic głupszego niż zabicie w imię Boga. Ktoś kto zabija w imię Boga, obraża nie tylko Jego samego lecz naturę samego życia. Skoro nie jesteś Panem Życia nie masz prawa do jego odbierania. Tylko Bóg decyduje o tym. Tylko On. Zanim zabijesz bliźniego lepiej zabij wpierw siebie. Radykalnie? Może i tak, ale to zawsze mniejsze zło.

Samotność długodystansowca

Wiara (religia) to nie „opium dla mas” ani kłamstwo, ani głupota, ani oszustwo, ani mrzonka. Wiara to droga, sens wędrówki. Ale wędrowiec potrzebuje towarzystwa, żeby wędrówka była łatwiejsza, przyjemniejsza, bardziej pożyteczna. A słowa towarzysza to znaki na tej drodze, to mapa, to wskazówki jak iść, żeby dobrze iść, jak iść, żeby dojść. Jak osiągnąć cel.

Wiara daje siłę, prawdziwą moc zmieniania siebie i Świata, bo wiara ta ma swoje solidne podstawy. Wierzę w te fundamenty, bo one nadają wędrówce nowe, święte znaczenie.

Dlaczego nie wierzysz Siostro/Bracie?

Wiara jest darem od Boga lecz jeszcze dosadniej jest powołaniem do służby Jemu samemu, ale człowiek z własnej woli i dla własnego szczęścia na tę służbę się godzi. W pełni wolny i wsłuchany w głos Najwyższego. Bóg woła, człowiek słucha lub nie. Oto największa tajemnica wiary. Szczęśliwi, którzy usłyszeli i poszli za głosem Pana.

Wiara jest darem od Boga i na skutek modlitwy może być wzmocniona, umocniona, wsparta, podparta, skuteczniejsza, większa, potężniejsza by stać się cnotą. Wiara to tchnienie Ducha Świętego w martwy i pusty umysł człowieczy, tchnienie ożywcze. Bez tego jesteśmy pozornie żywi, jesteśmy martwi duchowo. Dzięki temu tchnieniu w pełni stajemy się gotowi na przyjęcie Boga i mamy szansę na zjednoczenie z Doskonałym. Zjednoczenie to jest jedynym słusznym celem wiary i wędrówki człowieka.

Uwierz aby górę przenieść.

Patronka mistycznej drogi ku zbawieniu

Święta Teresa od Jezusa, dziewica i doktor Kościoła

Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: „Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.

1510-teresa_1
Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do „twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

Święta Teresa od Jezusa Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do „obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet „areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w koœciele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.

Św. Teresa Wielka ma nie tylko wspaniałą kartę jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł „doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów. Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.

W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo (Miłosierdzie Boga głoszę śpiewając), strzała.

źródło: http://www.brewiarz.pl/czytelnia/swieci/10-15a.php3

Jest jeden Bóg i jeden dom dla wszystkich

Głupcy! Czy nie widzicie, że jest jeden Bóg dla wszystkich, jeden Świat jest domem a jedno niebo dachem tego domu?

Głupcy! Czy nie widzicie w bliźnim, Boga i samych siebie? Zabijając, mordując, kradnąc, gwałcąc robicie to sobie samym i Bogu! Dość!

Głupcy! Istota rzeczy leży w waszej krótkowzroczności, żądzach, niewiedzy a nie w waszych sąsiadach, obcych lub swoich. Nie jest istotą rzeczy różnica światopoglądów, wyznawana religia, przynależność plemienna, narodowa, partyjna czy jakakolwiek!

Głupcy! Opamiętajcie się! Mordując bliźniego, mordujecie Boga! Gwałcąc bliźniego, gwałcicie Boga! Okradając bliźniego z godności, okradacie z godności samego Boga! Znieważając bliźniego, szydząc z bliźniego, okłamując bliźniego, znieważacie i szydzicie i okłamujecie samego Boga!

Dość! Modlę się o mądrość dla was i wierzę, że zrozumiecie wpierw siebie, by zrozumieć Świat.

Pamięci Brata Alojzego Kosiby

Tracimy czas na pierdoły. A przecież życie jest takie krótkie i jakże cenne. Życie, największa wartość jaką otrzymujemy, jaką mamy, jaką posiadamy i jaką bardzo często marnotrawimy. Życie, diament w rękach rzemieślnika. W naszych rękach. Telewizja, komputery, seriale, bzdurne rzeczy zabierają nam zbyt dużo czasu, kradną nam cenne chwile, w czasie których możemy doskonalić się w cnotach. Samodoskonalić! Tylko ktoś doskonały może zjednoczyć się z Bogiem i w Bogu.

A tym czasem życie nam przecieka przez palce. I zwykle mamy wrażenie, że życie jest wieczne. Stąd też pragnienie nieśmiertelności. Ludzie zawsze mają zbyt mało czasu na to, żeby w końcu stać się doskonałymi. Odkładamy coś na później, czasem wszystko, co ważne i istotne odkładamy na kiedyś, zajmując się banałami, pierdołami, nic nie znaczącymi rzeczami. A przecież umrzemy, czasem przedwcześnie. I co? Zaskoczy nas to. Zaskoczy też naszych bliskich i co wtedy? Napiszą nam epitafium: „A mógł jeszcze tyle zrobić”… A gdyby żył i tak nic by nie zrobił, bo przecież wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni.

Życie, diament który warto zmienić w brylant. Albo zakopać w ziemi takim jakim był. Zamienić lub stracić. Wybór jest chyba prosty.

Błogosławieni Pokój Czyniący

I po co to wszystko? Po co te kłótnie, konflikty, wojny? Po co rozlew krwi, morderstwa w imię sprawy, w imię Boga niekiedy? Po co ta nienawiść w sercu, złość w myślach, czy zapomnienie się w negatywnych uczynkach? Po co śmierć dzieci, kobiet, mężczyzn będących jedynie niemymi świadkami zachłanności, głupoty i chciwości rządzących?
Patrząc na współczesny świat można odnieść wrażenie, że pomimo pozornego rozwoju cywilizacyjnego, cofamy się. A w zasadzie wciąż tkwimy w tym samym bagnie własnych ułomności, słabości czy grzechów co ludzie sprzed dwóch czy pięciu tysięcy lat.

Paradoksalnie rozwój cywilizacyjny nie oznacza rozwoju człowieka jako takiego. Żeby szło to w parze, należy pochylić się nad nauką Chrystusa. Człowiek nie może użalać się nad sobą czy swoim losem, ale musi brać swój krzyż i podążać za Jezusem. Człowiek nie może ulegać własnym słabościom, nie może stać się niewolnikiem grzechu, nie może wykorzystywać do własnych celów innych ludzi, nie może decydować o życiu i śmierci, o szczęściu bliźniego a w zasadzie o jego nieszczęściu. Negatywne działania zawsze rodzą negatywne skutki. Dlatego też żaden polityk, rządząc, dowodzący nie ma prawa wysyłać na śmierć swoich rodaków oraz odbierać życia innym w imię czegokolwiek.

Jak już kiedyś pisałem wydający rozkaz, ustanawiający prawo, jeśli zmusza innych do zła to bierze na siebie na równi z bezpośrednim sprawcą całą winę za to. Jest to prawo bezwzględne, bo boskie. Nikt nie ma prawa decydować o życiu czy śmierci kogokolwiek, dlatego każda kara śmierci, każde morderstwo, samobójstwo, czy wojna są bezprawne. W imię Boga tym bardziej!